Bezrefleksyjność Lidia Świder

W małym miasteczku zgubionym pośród innych, równie nieznanych, ludzie żyli w zgodzie i przyjaźni. W chwilach trwogi odnajdywali pomocną dłoń, którą ujmowali z wdzięcznością i szacunkiem. Swary i waśnie gościły niekiedy w ich domostwach, lecz nie na tyle, aby mogły ich poróżnić. Toczyło się spokojne życie, na które wpływu nie mógł wywrzeć nikt obcy, jedynie najbliżsi. Wpajali swoim dzieciom prawdę odwieczną, której podwaliny sięgały godności człowieka. Pieniądze, na które ktoś nie zapracował, nie mogły zostać przyjęte.

W każdym społeczeństwie żyje grupa pasożytów, niewykształconych, nieoczytanych i tępych przez brak wiedzy, której nigdy nie łaknęli. Wyróżnia ich niejaka ociężałość umysłu, bezrefleksyjność i brak dążenia do prawdy. Niepozbawieni jednak są praw wyborczych.

Człowiek myślący zawsze szuka odpowiedzi na stawiane pytania. Tępy ich nigdy nie zadaje. Czeka na dary. Jest bezmyślny i przekupny, mniej wart od kurtyzany, która niczego nie ukrywa, nie będąc hipokrytką. Człowiek nieobdarzony umysłem lotnym i refleksyjnym zawierzy jednemu przekazowi. Jedynemu! Omamiony, ogłupiony stanie nad urwiskiem. Rzuci się wraz z innymi w przepaść obiecanych trzydziestu srebrników.

Prawda wyszła na jaw, kiedy rządy objął mały, upudrowany człowieczek z początkami demencji. Uznał, że miasteczko jest tylko jego, a wraz z nim ludzie, ich prawa, które zadeptał, spoglądając na księżyc. Wyjął z kieszeni pieniądze tych, którzy byli twórczy i ciężko pracowali na swoje życie, aby rozdać pasożytom.

Pasożyty nie wiedziały, że pieniądze otrzymane, nie pochodzą ze skarbca, lecz podatków ludzi ciężko pracujących, spłacających kredyty, którym nikt nie da rzeczy najmniejszej za darmo. Wódz objął taktykę jedną, przed kolejnymi wyborami na oczach całego kraju obiecał łapówkę.

Mały człowieczek strzeżony kordonami policji bał się wyjść z domu strzeżonego 24 godzin, całą dobę za pieniędzy podatników. Wkrótce stanie na szachownicy z mistrzem, którego pozwał i boi się okrutnie. Jan, mistrz w szachach i Tomasz inwigilowany Pegasusem nie odpuszczą, zbyt inteligentni są, aby ktokolwiek mógł ich przestraszyć. Tym bardziej, że znają ukryte sekrety wodza.

W miasteczku zapanował chaos. Poróżniły się rodziny żyjące latami w zgodzie. Wódz w wieku sędziwym dbał już tylko o siebie samego i swoich popleczników, ogarnięty strachem pragnął zafałszowania kolejnego wyboru. Obawa rozliczenia, przez tych, którzy nadejdą, budziła trwogę w szeregach intelektualnych karłów, dla których nie liczyło się dobro kraju, lecz koryto, które nie będzie wkrótce dane.

Niegdyś bezimienna matka wspominała syna, który poległ w Powstaniu Warszawskim w imię wolności. Inne matki wspomnieć nie mogły, odeszły w zapomnienie, jak ich synowie konający w kanałach. W imię czego walczyli? Wolności, którą stała się zakłamana sprawiedliwość i prawa służącego tym, którzy dzięki koneksjom nie muszą klękać na kolana?

A Ci, listopadowi i styczniowi, w imię czego? Przelewana krew na marne, przez tych, dla których dobro Polski było nadrzędne. W imię miłości do ojczyzny, przysięgi i obowiązku. Wiedzieli, czym jest honor człowieka. Ginęli na każdej drodze, każdego dnia. Za każde miasto, miasteczko, które scalić mogło Polskę, która została wymazana z mapy świata. Bezgranicznie samotni w ostatnich konaniach, w obliczu śmierci.

Wódz zapomniał. Uznał, że to on wart jest napisania nowej historii od dnia jego wyborów. Mały, żałosny człowiek, niegodny dotknięcia ran konających powstańców, stał się przywódcą państwa, które przelewało krew w imię wolności. Nie wyszedł do ludzi, zbyt bojaźliwy, aby otworzyć drzwi. Przemawiający zawsze przed marionetkami zwożonymi tabunami. Vanitas vanitatum.

Tchórz, który przekupił bezmyślną gawiedź, która nie ma pojęcia najmniejszego o historii naszego kraju, stał się przywódcą. Dla tych, którzy nigdy nie przeczytali książki, nie pojęli ekonomii rządzącej się prawami rynku. Dla tych, którzy utożsamiają kościół z Bogiem. Dla tych, których można kupić za parę srebrników.

Rząd upadających, posunął się w swej przewrotności do manipulacji mediami. Biorąc za motto słowa „Ciemny lud to kupi”, człowieka przewrotnego, który unieważnił swoje małżeństwo dzięki kościołowi, który przyzwolił, dzięki sowitym datkom. Inni, bez pieniędzy, nie mieliby szans najmniejszych.

Kupił w swej bezmyślności ciemny lud każdą obietnicę. Wystarczy przeczytać Psychologię tłumu Le Bona, aby pojąć i zrozumieć. A następnie pociągnąć niewidzialne nici, które w swej manipulacji stworzyły z ludzi pacynki. Jakże prosto, łatwo, nimi manipulować. Wystarczyło stworzyć jeden przekaz, z księżyca wodza, aby manipulować, zakłamywać. Ludzie, którzy stali się marionetkami zasiadali o godzinie dziewiętnastej trzydzieści przed pierwszym filarem propagandy, która czciła wodza w każdym kolejnym przekazie informacji. Wierząc we wszystkie kłamstwa, nie doszukiwali prawdy.

Cechą inteligentnego człowieka jest dążenie do prawdy opartej na faktach, którymi nie sposób manipulować. Cechą głupca, zawierzenie jedynemu przekazowi z główną narracją zrzucającą wszelkie niepowodzenie na stronę przeciwną.

Wyznawców wodza cechowała nienawiść do drugiego człowieka, którego rządy bezprawia obrały za kozła ofiarnego. Klasyka gatunku polega na rzeczy jednej, należy odnaleźć winnego, aby zrzucić na jego barki wszelkie afery i niepowodzenia. Ciemny lud, według narracji klasyka jednej myśli, kupił przekaz. Bez zastanowienia i refleksji najmniejszej. Nie można wymagać od sprzedajnych rzeczy wielkich. Wystarczy postawić przed nimi złoty kielich z trucizną kłamstwa, zaprzedania i srebrnikiem na dnie, aby wypili do dna. Wcześniej nazywając popłuczyny wodą ze źródeł.

Ludzie w miasteczku zostali skłóceni, odwracali się od siebie, kiedy przechodzili ulicą, aby nie spojrzeć. Dzieci usiłowały wytłumaczyć rodzicom kłamstwa wodza, lecz ci ukryli się pod pierwszym filarem. Otumanienie starszego człowieka w rynsztoku kłamstwa nie jest zbrodnią, lecz podłością. Za kolejne obiecane pieniądze, podzielone na każdy dzień roku mogli zakupić wiązkę koperku, lecz nie chleba. Mimo wszystko zawierzyli. Wciąż powtarzane kłamstwa stają się prawdą, której ulegnie bezrefleksyjny tłum.

Aby przeciwstawić się rządom ułomnego wodza, myślący, nieprzekupni ludzie, wyszli z domów w dniu wyznaczonym. Ci, którzy nie mogli udać się w podróż do stolicy, wyszli na rynki małych miast i miasteczek, protestując i zgłaszając protest swą obecnością.

Wódz w tym czasie zasiadł w fotelu ustawionym naprzeciw okna zaciągniętego kotarą, przez którą nie przebijał się najdrobniejszy promień światła. Nie spojrzał w stronę wygaszonego telewizora, świadom był, że marsz przeciw bezprawiu zaleje całą Warszawę.

Przerażony podszedł do okna, by uchylić kotarę i sprawdzić, czy na jego ulicy stoi kordon samochodów policyjnych. Tak, jeszcze stały. Przez najbliższe dwa tygodnie będą strzegły wodza. Uświadomił sobie, że wkrótce pozostanie bezgranicznie samotny i nikt już nie zadzwoni, nie przyjdzie. Zapuka jedynie listonosz z listem poleconym z sądu do zamkniętych na zasuwę drzwi. Pozostawi awizo.

Zalękniony, mały człowiek, który do dziś był wodzem, uświadomił sobie, że traci władzę. Pragnął w bolesnej chwili przywołać swojego najbliższego przyjaciela, lecz kot się nie pojawił.

                                                                                                    28.09.2023