Nastał wieczór, rodzina przyzwyczajona do trwania ze sobą w beznamiętności nie zauważyła ćmy poszukującej światła, a i jej pogrążenia w blasku lampy naftowej. Nocny motyl pozostanie w niej, nie wydobędzie się, uwięziony w nadziei przeżycia kolejnego dnia nie przetrwa paru godzin. Poszukiwał drogi, aby się wydostać, lecz ta nie była jemu dana.
Zastygła w myślach rodzina ożywiła się na myśl o spadku, kiedy padły pierwsze słowa protoplasty o dziedzictwie przodków. Nie wsłuchali się w opowieść, w myślach przeliczali ary ziemi, metry domu, wyceniali zapomniane losy ludzkie na pieniądze. Wszyscy wykształceni, wolni od nałogów, zamożni.
Tak oto rodzi się patologia intelektualna, kiedy pazerność i chciwość zawłaszcza wszystko. Jest chytra i podstępna, zapłaci drugiemu najbliższemu człowiekowi parę dukatów, aby przebiegle zagarnąć wszystko. A dzieje się to w rodzinnych domach, przy stołach rodowych, kiedy siedzą naprzeciw siebie. Osądzali się wszyscy wzajemnie. Zimni na kształt sopli soli, wyrachowani, skierowani jedynie na myśl dziedziczenia. Brat spoglądał na brata niczym na wroga, wciąż przeliczając i licząc zyski. Najsilniejsza więź braterska wobec mamony okazała się wyrwą, która podzieli ich na lata. Jeden z nich nie otrzymał rzeczy najmniejszej, zamilkł i odszedł do własnego świata, sięgającego ponad ten, pełny obliczeń i kalkulacji rodziny. Jakże żałosne i smutne, kiedy dzieli się złotego cielca za plecami. Przodek z obrazu spoglądał ze swojego majestatu z wyrazem twarzy ponurym i rozczarowanym. Nie mógł się odezwać, lecz jego spojrzenie znaczyło więcej niż tysiące słów.
Pierworodny za swój haniebny spryt obwiniać zaczął brata, który zamilkł i rzeczy najmniejszej nie pragnął. Pogrążył go w opowieściach rodzinnych, aby te nie zamilkły. Tak się stało, prymitywni, pewni jednej opowieści, niczym ćmy podążyli do złudnego światła, aby uwierzyć w jedną prawdę. Uwierzą, bowiem ich umysł nie wzbije się na cal myśli.
Wykształcona, wolna od wszelkich nałogów rodzina pozostała przy stole do wieczora, aby bodaj jedna cząstka złotego cielca nie pozostała wniwecz rzucona. Ani jeden z nich nie był ubogi, z wyjątkiem pominiętego, najmłodszego z braci, który wyszedł i pragnął zapomnieć. Tak się stało, zbyt ubogi był, aby pragnąć więcej ze świata, który był dalece obcy, a nade wszystko zakłamany. Tak za tak, nie za nie – Norwida, dziś nie znaczy już rzeczy najmniejszej. Dla niego znaczyło wszystko. Kiedy wierzył w bezgranicznym zaufaniu, nie osądzał innych, nie nawracał, wchodził do kościoła z pochyloną głową, aby pokłonić się przed Panem. Bóg nie wysłuchał jego próśb. Milczał wobec niego i innych w kościele, którzy wznosili odwieczne modlitwy. W ławkach skuleni starsi ludzie w nadziei odpowiedzi, powracali każdego dnia, aby zawierzyć i prosić wciąż i wciąż, aż do śmierci.
Brat starszy uczęszczał do kościoła z obowiązku i w nadziei na życie wieczne. Nie wadził się z Bogiem, nie zadawał pytań, te wymagałyby myśli najmniejszej. Ubierał garnitur odświętny, nic ponadto nie czynił. Uznał, że stawiennictwo na mszy św. określa jego byt w życiu wiecznym. Jakże łatwo można przeżyć życie, utkane z tysiąca wstąg, a spostrzec jedną i zawierzyć.
Rodzina nie czekała na wyznania najbliższych, te zarezerwowane były dla księdza w czasie spowiedzi. Nastała cisza, a pośród niej nie było człowieka przy stole, aby przerwał jej milczenie. Będąc najbliższymi sobie ludźmi, nie zaufali sobie wzajemnie. Nie wypowiedzieli myśli najmniejszej z serca i duszy, zaprzedali się wobec obcego, wyświęconego na jarmarku przewinień i win wyznaczonych. Winy i podłości wyrządzone człowiekowi, może jedynie darować drugi człowiek, nikt inny.
Opuszczony syn nie spojrzał na rodzinę, powrócił do swojej chaty, dotykając progu w nabożeństwie i szacunku dla wszystkich, którzy przestępowali przez niego, a zostali zapomniani. Zamyślił się nad historią nieznanej rodziny, od której zakupił dom. Pozostawili niemal wszystko, co najcenniejsze dla człowieka nadwrażliwego. Stary zegar, który zamilkł, stał się dla nich zbędny, nie wyznaczy już czasu tym, którzy odeszli, pozostał na ścianie osnutej nicią pajęczą. Ta sięgała dalej, przekraczała granice, dotykała zdjęć ślubnych, komunijnych i snuła się dalej. Zacierała pamięć, a i wszystko, w co mógłby uwierzyć człowiek, aby pozostać we wspomnieniach. Potomni nie wspomną ich codziennego trudu, smutków i łez. Zapomną o życiu przepełnionym cierpieniem i troską o każdy kolejny, dany dzień, o przodkach.
Nie minął rok, kiedy najmłodszy syn nie wyszedł już z domu, pogrążony w głębokiej depresji pozostał w nim do końca swoich dni. Nikt się nie domyślił? Naprawdę? Człowiek zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią niekiedy potrafi się uśmiechnąć i rozmawiać, by po chwili powrócić do swojego świata, nienaruszonego przez wtargnięcie innych ludzi. Po czym przepełniony lękiem cierpi każdego dnia, nie skarży się, milknie w ciszy życia. Spogląda na niewidzialną mgłę, w której się pogrąża, nie widząc celu, nie zauważa, że ta staje się coraz gęstsza i okrywa wszystko, co jest widoczne dla innych.
Po śmierci jego żal nie został wyrażony z duszy i serca przez rodzinę. Na mszy pogrzebowej brat zamówił ogromny, bogaty wieniec, który zabił delikatność kwiatów, z napisem- Dla ukochanego brata. Powinien zostać ukuty neologizm, aby opisać kłamstwo i obłudę sięgającą granic, bowiem w tej chwili hipokryzja nie znaczy rzeczy najmniejszej. W kondukcie pogrzebowym brat odetchnął z ulgą, uzmysłowił sobie, że nie będzie troszczyć się o zachowek i rzeczy inne. W myślach wyceniał skrawek ziemi należącej do brata, oceniając część swoją i rodziny. Spoglądał na swoje świeżo wypastowane buty, aby nie zdradzić myśli. Szkoda, że nie spostrzegł pustego miejsca w grobowcu, które przynależeć będzie kiedyś do niego.
Żałobnicy spoglądając na trumnę nie pojęli, nie zrozumieli drugiego człowieka, jego lęków, rozpaczy i porzucenia przez rodzinę, która mieni się za mędrców, bowiem nie przeżyła ani dnia jednego upadku, kiedy człowiek traci wiarę i nadzieję. A wszelka pieśń milknie i pozostaje cisza, na kształt bezgranicznej samotności we wszechświecie i pośród ludzi.
Po zmierzchu przy grobie pojawił się człowiek ze łzami w oczach, nie przyniósł wieńców ani zniczy. Był najbliższym przyjacielem, nie pragnął uczestniczyć w uroczystości przypominającej spektakl. Pochylił głowę nad zimną taflą grobu, zapłakał z bólu i rozpaczy nad stratą człowieka będącego mu najbliższym pośród ludzi. On jeden, sam, nie mógł pomóc, kiedy inni odwracali wzrok.
Wzmógł się wiatr, rozwiewał na wszelkie strony wstęgi z napisami o ukochanym bracie, dziecku i inne. Jeden ze zniczy dogasał, a w nim pozostała zatopiona ćma, która już nigdy się nie uwolni.





Users Today : 89
Users Yesterday : 98
This Month : 846
Who's Online : 1