Martwy za życia Lidia Świder

O poranku Jana obudził głos synogarlicy, beznamiętny, przypominający dawne jego modlitwy i prośby wciąż powtarzane. Rozpamiętywał przeszłość, nie potrafił się z niej uwolnić, aby wstać i uczynić pierwszy krok. Niekiedy człowiek martwym staje się za życia, kiedy wciąż powraca do przeszłości, przepełniony zarówno lękiem przyszłości i każdego dnia beznamiętnego, który nadejdzie nazajutrz.

 Podszedł do okna, zapalił papierosa, spojrzał na ludzi przechodzących ulicą, którzy wzajemnie siebie nie zauważali. Nie spoglądali również ponad siebie, na zabytkowe kamienice, na bramy wiodące do historii drugiego człowieka, zajęci byli własnym życiem, o którym za sto lat nikt nie wspomni. Dziś upamiętniał rocznicę śmierci ojca. Zapalił świeczkę, pogrążając się w przeszłości, w czasach swej radości i szczęścia dziecka, które nie pojmuje przeciwności losu, tym bardziej nie wiedząc, czym jest wszystko, co nadejdzie w podłości i ohydzie drugiego człowieka. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, czym jest karma, która powraca i pogrąża ludzi bezwzględnych przypominających padalca, który wygląda jak wąż, lecz nim nie jest. Nie jest jadowity, za to odrażający i obślizgły w swej naturze, na kształt ludzi, którzy w swej zawiści i nienawiści pogrążyć są w stanie najbliższych, aby upokorzyć i zranić dla celów własnych. Wyrachowani bywają ukochani przez skrawek rodziny bezmyślnej, wierzącej w jeden przekaz, bowiem mienią się za szlachetnych i dobrych do czasu, kiedy nie obnaży ich chciwość. Jan pragnął wydobyć się z jarzma przeszłości, porzucić wspomnienia śmierci, konania, krzyków zagłuszających myśli, kiedy okrywał dłońmi głowę, aby nie myśleć, nie słyszeć, lecz wciąż powracał do demonów przeszłości. Wybudzał się pośród samotnych nocy, słyszał wciąż krzyki agonii, najokrutniejsze, jakie człowiek może unieść. Został pogrążony przez wspomnienia.

 Kiedy przeszłość okrutniejszą była od dnia, wychodził, aby spojrzeć na niebo, na planety, które widział w wyobraźni, a każda z nich w swej samotności znaczyła po stokroć więcej, niż człowiek, który osądza drugiego człowieka. Bezbronny był wobec życia i śmierci, zbyt wrażliwy, aby pojąć, czym jest pazerność odbierająca godność. Popełnił największy błąd. Zaczął żyć przeszłością, wciąż powracał do niej, odnajdując ukojenie w swym udręczeniu. Każda myśl prowadziła ku czasom przepełnionych boleścią, wspomnieniom zapisanych przez pamięć, na kształt kadrów z toczącego się życia, uwieńczonych zapomnianym zdjęciem w albumie odłożonym i porzuconym, okrytym kurzem. Zapomniał, czym jest radość z dnia, który nie łaknie uznania, a trwa jedynie, nie czekając podziwu ze swego nadejścia. Wciąż widział w wyobraźni dalekie planety na niebie. A kiedy słońce przesłaniało myśli, zamykał okna i okiennice, zasiadał w fotelu, zapalał papierosa spoglądając na swój dom, wyłoniony wcześniej z wyobraźni. Rzeczywisty, utkany w zapomnianych kątach nicią pajęczą, cieniem drzew osłaniających od świata, który się zagubił.

 Zaprzedali się ludzie. Zaprzedał się świat. Życie, z którym zmagał się Jan przypominało pomost pragnień i rzeczywistość ludzi ubogich w myśl i wyrachowanych, którzy pojawiali się na jego drodze. Najczęściej stawiających się ponad horyzont myśli, którego nigdy nie przeniknęli, a zasiadali w pierwszym rzędzie osądów niczym mędrcy.

 Zatem wciąż powracała przeszłość, którą na początku pragnął oswoić, okiełznać niczym dzikie zwierzę, aby nie ujrzeć jej na jawie i w snach. Pojął, iż cyrkiem jest świat, w którym ludzie przypominają wytresowane zwierzęta zamknięte w swoich domach, aby wyjść na arenę i zaprzedać duszę współczesnym treserom, w imię zaistnienia dla bezmyślnego tłumu, wpatrzonego w jedyny obraz w ich domach, świat iluzji przedstawiony przez internet.

 Tak naprawdę Jan nie przeżył jednego dnia ze swojego życia. Każdy z nich zapełniał ból przeszłości i troska o przyszłość, przypominająca rozpacz. Mógł żyć, cieszyć się dniem od wschodu słońca, aż po zmierzch, spokojną prozą dnia, przynoszącą ukojenie skołatanej duszy. A kiedy wiosną ozwały się pierwsze chorały ptaków, zatrzymywał się na chwilę, spoglądał w niebo, szukając sznurów żurawi, zjawiskowych i wyjątkowych, nie opuszczających siebie do końca życia, w przeciwieństwie do ludzi. Porzucił wszelką nadzieję, najpiękniejszą, jaka zdarzyć się może w życiu. Przestał wierzyć w miłość odnalezioną przez żurawie czy wilki, lecz nie przez człowieka.

 Przestał zważać na piękno chwili, na godzinę, minutę. Stał się skostniały i martwy za życia, które uciekało, odchodziło, a przypominało jedynie przestawianą klepsydrę każdego dnia. Zegar wybijający kolejne godziny nie wywoływał refleksji najmniejszej nad upływającym żywotem. Mijały kolejne lata, a on nie przystanął, nie pochylił się nad jednym dniem, aby odczuć szczęście i obdarować nim innych, bez wiary i nadziei. Przypominał miliony sfrustrowanych ludzi, którym nikt nie ofiarował jedynego daru, z bezcennymi życzeniami, aby przeżył bodaj jeden dzień w życiu bez wspomnień i lęków. Najczęściej otrzymywał życzenia imieninowe, urodzinowe, odmierzone sztancą od ludzi zarówno martwych za życia jak i on.

  Zadziwiający stał się świat, w którym człowiek otoczony bliskimi cierpi tak okrutnie, że wolałby pozostać sam, nie odbierać telefonów od rodziny powracającej do przeszłości, bądź pytającej z udawaną troską o przyszłość. A nade wszystko udzielającej cennych rad, przypominających zakamuflowaną krytykę najbliższego człowieka, aby ten zaczął wątpić w siebie. Bezcennych porad pełnych obłudy udzielają ludzie niekochani, samotni, pozbawieni przyjaciół. Jedyny to ich pułap, aby zaistnieć i zostać wysłuchanymi. Nie zdają sobie sprawy z rzeczy jednej, ich krytyka nie zajmie na cal myśli człowieka kochanego przez drugiego, a innych zranić może okrutnie.

 O świcie wzeszło słońce. Powstało ponad cztery miliardy lat temu, to dzięki niemu trwa życie na ziemi, a kiedy zgaśnie skończy się historia ludzkości i jej wiara. W południe ozwały się dzwony z wieży kościelnej zwiastujące mszę świętą, podczas której tłum klękać będzie na komendę, bić się w piersi i wznosić modły do Boga, który nie wysłuchuje próśb i wydał swego syna na pewną śmierć.

 Kościół trwa zaledwie dwa tysiące lat, zatem niechaj zamilknie wobec błędów popełnianych przez bezbronnego człowieka, bądź nawet występków, które nazwał grzechem. Oby ukorzył się wobec wszechświata liczącego czternaście miliardów lat. I oby nigdy człowiek nie doznał ponownych krzywd, nie odnajdując dnia, aby przeżyć bodaj jeden.

 Konfesjonał jest zbrodnią dla nadwrażliwego człowieka i podłością, która prowadzi do samooskarżenia. Ofiarą najczęściej jest wierny, skrzywdzony przez los, który zagubił się pośród życia, zaś sędzią najwyższym ksiądz. Tłum bezmyślny będzie widzieć w nim pośrednictwo między Bogiem, aby uwierzyć w zbawienie i życie wieczne. Żyjąc wciąż w lęku o przyszłość aż do śmierci, po której ten, który spowiadał, zażąda opłaty od rodziny za modlitwę nad grobem.

Lidia Świder