Religijność w polityce Stanisław Obirek

W tym roku skończyłem 70 lat i przechodzę na emeryturę, choć na razie nie zrywam kontaktu z uczelnią. Jako emeryt zaproponowałem wykład „Religijność Donalda Trumpa”. To mają być zajęcia na temat wykorzystywania religii w polityce. Chcę od razu napisać jedną rzecz, by sprawa była jasna dla Czytelników „Kresowiaka”. Osobiście nie jestem przeciwny religii. Wprost przeciwnie, wiele lat spędziłem szukając w religii tego, co piękne i co ludzi łączy. Nadal w to wierzę, że religia została po to przez ludzi wymyślona by pomóc sobie i innym w radzeniu sobie z problemami dnia codziennego, ale też z pytaniami egzystencjalnymi typu po co żyć, jaki w ogóle ma życie sens itd.

Każdemu zainteresowanemu taką pozytywną funkcją religii z pełnym przekonaniem polecam książkę Religijni, brytyjskiego biologa ewolucyjnego Robina Dunbara. Jest to autor również od lat obecny w ofercie wydawniczej katolickiej oficyny Copernicus Center Press, która publikuje głównie tłumaczenia, choć jej siła napędową to ciągle dwóch księży, przekonanych, że między religią a wiarą nie tylko nie ma konfliktu, ale się znakomicie uzupełniają. To oczywiście Michał Heller (ur. 1936) i młodszy od niego a przedwcześnie zmarły Józef Życiński (1948-2011). Dla jednego i drugiego wiara w Boga była czymś oczywistym i nigdy istnienia Boga nie poddawali w wątpliwość. Wracając do Durbana i jego ostatniej książki opublikowanej po angielsku w 2022 z tytułem nieco bardziej odpowiadającym treści, gdyż zawierającym pytanie: jak religie się rozwijają i dlaczego trwają. Polski tytuł jest statyczny i nieco mylący, jednak ratuje go podtytuł: Religijni. Jak ewolucja wierzeń wpływa na historię i kulturę człowieka? To książka pogodna, wręcz radosna. Tak jak inne zresztą książki tego autora, który głównie koncentruje się na ludzkiej zdolności do zawierania przyjaźni i umiejętności trwania w przynoszących człowiekowi korzyści związkach. Jednak ta książka poświęcona religii jest inna, gdyż w ostatnich rozdziałach (9 i 10) mówi też o ciemnych jej stronach. I dobrze, że się one w tej – nazbyt
jak na mój gust pogodnej opowieści – znalazły.

……………….