Poświata spowiła ściany, meble, a i biblioteczkę, na której półkach książki leżały w nieładzie, część półotwartych, z podkreśleniami, reszta nie ułożona, lecz odłożona, aby sięgnąć. Zapewne człowiek, którego nie dotknął najmniejszy blask poświaty był oczytany i inteligentny. Ostatni promień słońca padł na krzyż zawieszony nad drzwiami i Chrystusa, który na Golgocie cierpiał trzy godziny.
Mateusz oddychał ciężko, dłonią niepojęcie szczupłą, przypominającą wysmukłe palce pianisty, trzymał zdjęcie zwrócone do siebie. Na rewersie napisane były słowa, widniał podpis. Nikt nie dociekał. Wokół leżały leki przeciwbólowe, część z nich na ziemi i łóżku, zagubione przez pamięć najbliższemu mu człowiekowi, matkę. Siedziała teraz na fotelu, dzwoniąc do kolejnego hospicjum, aby pozbyć się syna. Mogła powiedzieć uczciwie, że życie ją przerosło i nie sprosta nad opieką przy chorym synu, lecz się tak nie stało. Fałszywi ludzie często dotykają nuty hipokryzji, aby stać się lepszymi w kłamstwie, będąc żadnymi. Matka dzwoniła nadal.
Kiedy nadszedł zmierzch, Mateusz się przebudził, podniósł się nieco i oparł na poduszce. Sięgnął po telefon, pełen wiary, że ktokolwiek o nim pamięta i nie opuści w pamięci, tym bardziej po rozpoznaniu raka. Nikt nie zadzwonił. Nikt! Cóż stało się z jego przyjaciółmi, rodziną, znajomymi? Zajęci byli życiem, psychiczną stabilizacją, podróżami, zakupami kolejnych niepotrzebnych rzeczy. Mateusz został przez nich zapomniany, bowiem wadził komfortowi ich beznamiętnego życia, w którym złoty cielec rozdaje karty.
Pragnął podejść do okna i ujrzeć zachód słońca ponad domami, blokami, myślami i osądami innych, wznieść się bodaj na chwilę do bezpamięci i myśli o śmierci, które pojawiały się każdego dnia tuż po przebudzeniu. A nade wszystko myślał o samotności, której wcześniej łaknął, lecz nigdy nie była nadrzędna i jej się nie poddał. Nie był w stanie wstać o własnych siłach, stał się więźniem własnego ciała, najokrutniejszego więzienia jakie istnieje na świecie.
Czekał teraz rozmowy z kimś bliskim, z którym spędził wiele lat swojego życia, dzieląc się wspomnieniami i współodczuwając drugiego człowieka. Ponownie spojrzał na telefon, lecz ten niczym ciemna tafla wody milczał. Odważył się zadzwonić do przyjaciela, jedynego, którego miał w sercu i w świecie rzeczywistym. Znali się od trzydziestu lat, w chwilach samotności zawsze mogli liczyć na siebie, lecz nastał dzień próby. Łukasz odebrał telefon, po chwili powiedział, że nie ma czasu, bowiem jedzie z córką do sklepu zoologicznego po chomika. Tak, chomik stał na firmamencie życia, lecz nie człowiek. Rozmowa trwała krótko, zbyt krótko, aby wysłuchać drugiego człowieka i jego lęków, nie wzbiła się o cal, o nutę, o pierwszą strofę ponad przeciętność.
Matka dodzwoniła się do hospicjum, ku jej rozczarowaniu okazało się, że syn pozostanie w domu pod opieką lekarza i pielęgniarki. Jakież było jej rozczarowanie, w wyobraźni widziała syna daleko stąd, w miejscu jeszcze nieokreślonym, lecz na tyle zaopiekowanym, by odetchnąć z ulgą. Ona oddychała. Syn dusił się we krwi, wciąż wymiotował. Nie podeszła do drzwi, nie spojrzała. Ubrana w strojne szaty udała się na wieczorną sobotnią mszę do kościoła, aby została zaliczona niedzielna. Przez całe życie wszystko przeliczała, beznamiętna, pozbawiona miłości do bliźniego.
Usiadła w piątej ławie, spuściła wzrok, bijąc się w serce kątem oka spoglądała na innych, osądzając bądź krytykując. Podczas mszy wstawała, klękała, siadała, niemal na komendę, jak wszyscy. Uznała, że wstawiennictwo na mszy ją zbawi i odkupi grzechy zapomniane, zatarte przez pamięć. Nie! Popełniła błąd. To człowiek musi wybaczyć drugiemu za ogromne krzywdy życia, aby ten został zbawiony. Nie mieszajmy Boga w chciwość, podłość i zaprzedanie. Kiedy skrzywdzony nie wybaczy, możecie śnić o zbawieniu, wtedy usprawiedliwieniem stanie się pusty kościół i spowiedź przed drugim człowiekiem. Uklękła przed dwudziestoparolatkiem, który miał odpuścić jej winy, nie wiedząc, na czym polega życie. Spędził sześć lat w seminarium, do którego nie garną się najzdolniejsi tego świata. Została rozgrzeszona z pokutą paru modlitw.
Mateusz pozostał sam w domu, spoglądał na wskazówki zegara, tarcza w wyobraźni przypominała wszechświat, a wskazówka dotykała planet. W czasie zwątpienia poczuł bezmiar rozpaczy, kiedy nastała godzina dziewiąta. Pluton został wykreślony, zbyt karłowaty był, zbyt mały. A i on poczuł się wyrzucony w jednej chwili. Stał się zbędny, niepotrzebny, nie będzie wadził nikomu.
Matka udała się do proboszcza w celu formalności, kiedy syn umrze i pozostaną opłaty za śmierć. Syn nadal żył, nie czekał na jej powrót, sięgnął do poezji Norwida. Przed snem powtarzał wciąż i wciąż –
Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba
Tęskno mi, Panie…
Tęskno mu było i do rzeczy innych, których nie mógł odnaleźć w życiu, ani w drugim człowieku, pozbawionym serca i empatii. Wciąż naiwny i zraniony powracał do swojej jamy, przeżywał każdy dzień, którego nie był w stanie pojąć. Nie przewidział rzeczy jednej, bezgranicznej samotności w obliczu rodziny. Zamilkła, zamknęła drzwi, a dzwonek do nich przestał działać.
Matka powróciła do domu, otworzyła drzwi do pokoju syna, aby upewnić się, czy żyje. Oddychał otulany tym razem poświatą rzucającą nieme światło na jego twarz. A wszystko stawało się blade, pozbawione najmniejszych kolorów, świat bez nadziei skąpany w samotności przypominał ostatnie tchnienie jesieni.
W kolejny dzień przyszedł ksiądz, zaproszony przez matkę, aby udzielić ostatniego sakramentu, wbrew woli Mateusza. Pojawił się wieczorem, dokonał swej powinności bez wzruszenia najmniejszego i odszedł. Nastała cisza a wraz z nią niewyobrażalny ból człowieka, który w samotności przekroczy ostatni próg. Nie sięgnął już po telefon, świadom, że nikt nie zadzwonił i nie zadzwoni. Pozostał zegar, wybijający kolejne godziny, dzięki niemu Mateusz miał świadomość życia, a bliższy był od drugiego człowieka dzięki obecności.
Na pogrzebie pojawiła się rodzina, dawni przyjaciele i znajomi. Wszyscy odziani odświętnie, z różami podkreślającymi ich kreacje spoglądali na siebie, witając się uśmiechami. Rozmawiali, pytając o zdrowie, dzieci i ich życie. Wielka szkoda, że nikt nie wspomniał Mateusza, który umierał w samotności, a i nikt nie poczuł się winien. Po ceremonii udali się na stypę podczas której odetchnęli z ulgą, maski mogły opaść.
Lidia Świder





Users Today : 41
Users Yesterday : 0
This Month : 41
Who's Online : 2