Rodzina Lidia Świder

  Każda rodzina skrywa swój sekret. Najczęściej latami. Nie tylko przed ludźmi, ale przed samą sobą. Wstyd za błędy popełnione przez przodków. Przede wszystkim przez siebie. Przemilczenie nie jest kłamstwem. Jest jego zapowiedzią. Przebiegła gra, która trwa dzięki wybranym kartom. Wcześniej naznaczonych. Ukryte nie pojawią się na stole. Pozostaną w ręku szulera.

Jawi się na kształt obrazu, zasiadając w stallach. O wyznaczonej porze. W dniu nakazanym. Pokorna na tę chwilę. Nielękająca się osądu innych, zbyt pyszna. Nabożna w milczeniu. Hojna w jałmużnie, kiedy oczy innych spoczywają na niej. Zadowolona z prawości swojej. Obowiązek trzeciego przykazania.

Prędzej, bądź później ktoś zdemaskuje rodzinę. Najczęściej najsłabsze ogniwo, które w mniemaniu swoim ją spaja. Pogardzane i lekceważone latami. Zdarza się, że uszczerbków jest więcej. Małe, zardzewiałe. Nic nie warte. Chcąc przekonać innych o swojej wartości, targną się na rzeczy, których sumienie tknąć nie zezwala. Wzbogacenie staje się jedynym celem. Końcem, upadek. Przed nim jednak kroczy myśl pospolita, której marzy się wawrzyn.

Kiedy umilkły organy, dogaszone zostały ostatnie świece i ślad po nich naznaczony snującym się dymem, drzwi kościoła zostały zamknięte. Szepty próśb, błagań, pobrzmiewały jeszcze echem. Uwięzione do świtu. Czekające poświaty. Stalle puste, w rzeźbieniu doskonalsze od rodziny, która raczyła w nich spocząć, czekały ponownego przyjścia. Dostojne. W mroku ukryte.

Niewiasta, która jako jedna z ostatnich opuściła kościół, zmierzała krokiem ciężkim, podobnym jej myślą, które dumy rodzinie nie przysparzały, w kierunku najbliżej stojących. Pospolitość jej nie skupiała na sobie wzroku. Krępa, z przyciętą jasną grzywką, skrywała czoło znacznie niższe od przeciętnego. Prozaiczność jej ciążyła. Pragnęła zaistnieć, bodaj na moment, gdziekolwiek. Daremne to były starania. Innym jawiła się, jako pokorna i cicha. Wyrachowani głupcy zawsze sprawiają niepozorne wrażenie.

Niespodziewanie los okazał łaskę, nie w hojności, tylko w naparstku możliwości. Chciwa, obłudna, pazerna, czerpać zaczęła. Nie z źródła tylko z kropli, która była jej dana. Nie dla zaspokojenia pragnienia. Wyszła przed pierwszy szereg, nie znając taktyki wojennej. Stanęła na sali sądowej. Kolubryna myśli i postaci. Śmieszna w swej pewności, drugą grę rozpoczęła. Siebie widząc wygraną. Dotknęła najszlachetniejszego z rodu, do którego weszła. Przestąpiwszy wcześniej swój próg nieoheblowany. Zapomniała skąd przyszła. Zapomniała jak mało znaczy. Mąż, który żył w jej cieniu, po raz drugi nią wzgardził. Stała mu się obca. Wkrótce się dowie, dlaczego budzi ciekowość w miasteczku, w którym nikt na nią nie zważał. Ukryła karty, które spostrzegli inni.

Wcześniej stanąć mogła na drodze, sprzeciwić się, zachować godność. Dzieci i wnuki zadziwią się, kiedy odkryją jak chciwą była tratując czyjeś życie dla własnej korzyści. Milczenie jej nie będzie trwać po wieki.

Chciwość nigdy nie dotknie szlachetnej natury, nie ośmieli się. Wiedząc, że spotka się z wzgardą, umyka. Czeka małego pionka, którego lada dzień strąci z szachownicy. Wcześniej wykorzysta. Skompromituje następnie i porzuci. Jest przewrotna i zwodząca. Kusząca obietnica na kształt plebejskiego umysłu.

Do sądu weszła harda i dumna. Światło mamony zwodziło ją od dawna mamiąc, na koniec oślepiło. Blask, któremu ulegnie jedynie głupiec. Ponad wartości blichtr stawiając i wygodę. Jedna tylko myśl jej ciążyła. Jak zdoła wytłumaczyć ludziom obecność tutaj swoją. Sama chciała się stawić, dla zaistnienia i odebrania czyjejś własności. Szukała jedynie usprawiedliwienia. Nie tylko ona. Cała rodzina. Tak jak wszystkie zamazujące najmniejszą rysę ze starannością. Ta uchodziła za wyjątkową. Wszyscy w miasteczku pamiętali dzień prymicji. W owym czasie dzień ten był pielęgnowany w sposób szczególny. Duma kroczyła przed orszakiem. Rodząca się pycha podążała tuż za nim.

Dłoń pomocną wyciągnął brat jej męża zza oceanu. Dozorca, który każdego dnia obmyślał, w jaki sposób majętność swą może pomnożyć. Nie poprzez pracę i staranie, lecz przez odebranie. Jedno było na podobieństwo drugiego. Ustalili wersję ostateczną, oficjalną, według której ona wyboru nie miała. Została wezwana. Zakłamana kreatura opowiadała wszem i wobec, że za nic w sądzie nie chciała się stawić. Cieć zacierał ręce. Wiedział, że po zeznaniach pionek strąconym będzie. Przywykły do czynności jak najprostszych, myśli niewymagających, przez całe życie wypatrywał okazji. Zwykły łupieżca na chwilę poczuł się Panem.

Cała rodzina stanęła przeciwko jednemu, który do niej należał. Wtedy dopiero, kiedy pozostał sam. Wcześniej nie mieli śmiałości pomyśleć o tknięciu rzeczy najmniejszej. Nieśmiali i wylęknieni. Do czasu. Odwaga zrodzona na zgliszczach czyjegoś życia jest podłością. Nie przystanął ani jeden. Nie zaniechał.

Najbardziej nieporadny z najeźdźców, najśmielej sobie poczynał. Upust dając swojej chciwości, przeobraził się w klauna. Będąc najstarszym z rodu zagubił powagę wieku. Prócz żony przez niego porzuconej i dziatwy, list napisany do sądu pozostał. Żenujący, pełen błędów jak i jego życie, z którego był tak dumny.

Zakłamana rodzina. Gotowa na wszystko. Prymitywna jak i jej żądze. Bez wstydu. Niemająca nigdy ambicji. Prócz jednego, który rozpoznał, oddalając się od niej. Najszlachetniejszy, wyjątkowy. Zamilkł, kiedy odebrali mu wszystko. Świat swój tworząc od nowa. Z dala od nich. Kiedy odszedł, rzucili się, chcąc zagarnąć coś, co nie im pisane było. Żałośni w swej chciwości. Marni jak ich zakłamane życie.

W oczach ludzi rodzina jawiła się na kształt doskonałej. Wyświęcony odgrywał rolę wolnego od pokus myśliciela. Widział już siebie przechadzającego się z brewiarzem po dróżkach ogrodu, w którym źdźbła trawy najmniejszej nie dotknął. W wyobraźni podzielił już wszystko, co nie jego było. Dla tego, który stworzył dom i pozostał sam jeden, wybrał ścieżkę zakonną. Samotność klauzury wydała mu się najszlachetniejszą. Rad był z siebie, jak i cała reszta najeźdźców.

– całość w najnowszym wydaniu –