Pasjonat filmowania. Rozmowa z Józefem Dudą Anna Rutkowska

  Panie Józefie, co było impulsem do zajęcia się fotografiką i filmowaniem?

 – Już będąc w szkole podstawowej, na początku lat 70 zacząłem interesować się fotografią, a dokładniej mówiąc samym procesem wywoływania zdjęć zapisanych na kliszy fotograficznej. Pierwszy aparat, jaki miałem to był aparat o nazwie Druh na szeroki film 5×5 cm. Z takiej kliszy można było metodą stykową uzyskać pozytyw dobrej jakości. Były to oczywiście zdjęcia o wymiarach negatywu. Jak dzisiaj patrzę na te moje pierwsze zdjęcia i obrazy zapisane na tych fotografiach to przypominają mi się tamte młodzieńcze pasje, pełne fascynacji. Wtedy nie przypuszczałem zapewne, że gdzieś w dalekiej przyszłości będą one miały takie znaczenie i budziły tak pozytywne emocje. Był Pan pierwszym posiadaczem kamery filmowej w Lubaczowie. Zapewne to był duży wydatek i taśma była droga. Ponadto musiał Pan również nabyć projektor.

 – Trudno mi powiedzieć, czy byłem pierwszym posiadaczem kamery. Nie spotkałem się z filmami o Lubaczowie z lat 70. Będąc w liceum w Lubaczowie kupiłem sobie pierwszą, wymarzoną kamerę na taśmę celuloidową 8 mm. Pieniądze zarobiłem, jak to się wtedy mówiło „na wagonach”. Mieszkając w internacie chodziliśmy na stację kolejową rozładowywać wagony, najczęściej węgiel. Praca była niezwykle ciężka, a do internatu wracaliśmy dosłownie czarni z pyłu węglowego. Taśmę do kamery zakładało się w absolutnych ciemnościach, a czas trwania filmu na takiej taśmie wynosił ok. czterech minut. Taki naświetlony film wywoływało się metodą odwracalną, w specjalnym koreksie. Początkowo wysyłałem do wywołania taki film do Krakowa, ale później robiłem to już samodzielnie. Żeby ostatecznie obejrzeć film, potrzebny był do tego projektor na film 8 mm. Taki projektor produkcji radzieckiej mam do dzisiaj i jeszcze działa. Widzimy jak długa była droga od nagrania filmu do jego obejrzenia. Każda dosłownie sekunda nagrywanego filmu była niezwykle cenna. Zanim nagrało się jakąkolwiek scenę, należało dokładnie przemyśleć, co chcemy filmować i jak ma wyglądać ujęcie. Cały mechanizm kamery był na sprężynę, którą trzeba było nakręcić przed ujęciem i która działała kilkanaście sekund. O tym też należało pamiętać, żeby nie skończyć ujęcia w najmniej odpowiednim momencie. Dzisiaj każdy ma w komórce kamerę, wysokiej rozdzielczości, taśmę celuloidową zastępuje matryca. Nakręcony film można obejrzeć dosłownie natychmiast. Zdjęcia czarno – białe czy filmy z tamtego okresu miały jakąś magię, fascynują, inspirują, pobudzają do myślenia. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, skrywają jakąś cząstkę naszej przeszłości, trochę niedoskonałą w swoim przekazie, bez dźwięku, bez ostrości, często na zarysowanym filmie. Ale może właśnie dlatego bardziej pobudzają naszą wyobraźnię i przede wszystkim przypominają nam lata młodzieńcze, które najchętniej wspominamy.

 Filmowanie to nie wszystko. Jak wyglądała skomplikowana procedura obróbki chemicznej taśm? 

– Klisza fotograficzna czy taśma filmowa pokryta jest światłoczułym związkiem chemicznym. Tak naprawdę przysłowiowym pędzlem, który maluje obraz na kliszy jest światło. Ale na kliszy po skomplikowanym procesie wywoływania, w absolutnej ciemności otrzymujemy tzw. negatyw, czyli jasne w rzeczywistości obiekty, na kliszy są ciemne i odwrotnie. Po wywołaniu i utrwaleniu obrazu na kliszy należy przenieść obraz już nieodwrócony, czyli tzw. pozytyw na światłoczuły papier. Obraz można było otrzymywać różnej wielkości za pomocą powiększalnika. Proces wywoływania i utrwalania obrazu na papierze odbywał się już przy czerwonym świetle. W procesie wywoływania istotny był czas naświetlania i tzw. przysłona, czyli wielkość otworu w obiektywie przez który przechodziło światło. Tak w skrócie można opisać ten cały, skomplikowany proces wywoływania zdjęć. Ta moja pasja do fotografii i do całego procesu obróbki chemicznej miała na pewno duży, a może i decydujący wpływ na mój kierunek studiów. W liceum byłem w klasie o profilu humanistycznym, a skończyłem studia chemii teoretycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Ot, taki paradoks. Pasja w życiu człowieka jest jak widać bardzo istotna i często decyduje o naszych losach w przyszłości.

 Jaki był rezonans społeczny Pana filmów. Mam na myśli reakcje Pana bliskich znajomych gdy prezentował Pan swoje filmy?

  – Moje zdjęcia i filmy przeleżały ponad 40 lat gdzieś w starych albumach, nie często otwieranych szufladach. Dzisiaj, jak nigdy dotąd uświadomiłem sobie, że fotografie są jednym z najprostszych i najlepszych sposobów przywoływania przeszłości. Fotografia czy stare filmy mogą pobudzić zainteresowanie historią, zachęcić do jej poznawania. Posiadam setki zdjęć z lat młodości, setki negatywów, na których zapisany jest obraz jeszcze nie odkryty. Przy dzisiejszej technice komputerowej można w prosty sposób, używając odpowiedniego programu komputerowego uzyskać obraz z negatywu, który wcześniej nie był przeniesiony na papier tradycyjną metodą. Takich negatywów, przeglądając je po latach okazuje się – mam bardzo wiele. Fascynujące jest odkrywanie historii na nowo. Każda stara fotografia zawiera duszę osoby fotografowanej, a dusza ta żyje tak długo, jak długo ktoś jeszcze o tej osobie pamięta.

 Ponad miesiąc temu, założyłem stronę internetową o mojej rodzinnej miejscowości – Starym Dzikowie. Ten pomysł chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Mam bardzo dużo swoich zdjęć i filmów. Moim celem jest wspólnie z mieszkańcami odtworzenie naszej historii, która jest za-mknięta w starych zdjęciach, filmach i naszej pamięci. Jestem przekonany, że to się może udać, jeśli otworzymy naszą pamięć, otworzymy stare albumy, szuflady ze zdjęciami i zaczniemy się nimi dzielić z innymi. Strona internetowa jest tym medium, które do tego celu jest doskonale przystosowana. Nie musimy przecież fizycznie przekazywać sobie zdjęć papierowych, które dla każdego są bardzo cenne.

Stał się Pan cennym kronikarzem naszej lokalnej przeszłości. Owszem źródeł pisanych mamy dużo, ale obraz to wyjątkowa perełka.

 – Ostatnią moją pasją jest ożywianie starych fotografii metodą poklatkową. Jest to bardzo fascynujące i wciągające zajęcie, niezwykle czasochłonne i wymagające biegłej znajomości kilku programów graficznych, szczególnie programu Photoshop i pracy na warstwach w tym programie. Żeby uświadomić wszystkim, ile to wymaga czasu to powiem, że jedna sekunda animacji to praca na warstwach około 10 kadrów. Aby uzyskać wrażenie ruchu należy klatka po klatce zmienić na warstwie każdą fazę ruchu, uwzględniając perspektywę, jeżeli obiekt się przybliża lub oddala. Moim marzeniem jest zrobienie dłuższego filmu z jakąś nawet fabułą na bazie starych zdjęć z danego okresu. Przedsięwzięcie duże, wymagające czasu i przede wszystkim cierpliwości, ale jestem przekonany, że byłby to film niezwykle wartościowy.

W miarę upływu czasu pana filmy zyskują na wartości. Jakie reakcje wywołują u znajomych projekcje Pana filmów?

 – Reakcje są bardzo pozytywne. Dostaję bardzo dużo ciepłych komentarzy i maili. Te zdjęcia, filmy i animacje pokazują czasy minione, do których bardzo chętnie wracamy. Powrót do swoich korzeni, do korzeni swoich krewnych, bliskich jest dla wszystkich ważny, a szczególnie dla tych, którzy wyjechali za granicę np. do Ameryki, Holandii, Anglii i innych krajów. Te komentarze mają największy ładunek emocjonalny. Wiem o tym doskonale, bo otrzymuję bardzo dużo informacji od nich i nawiązałem wiele kontaktów z osobami, które wyjechały z Dzikowa za granicę.

 Prezentował Pan swój dorobek na seminarium zorganizowanym ostatnio w Pana rodzinnej miejscowości w Starym Dzikowie. Jakie wrażenia?

Moje wrażenia są niezwykle pozytywne i przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Prezentowane zdjęcia, filmy i animacje wzbudziły wielkie zainteresowanie. Wytworzyła się niezwykle miła i bezpośrednia atmosfera. Byłem na tej sali przecież jednym z nich. Tu się urodziłem, w Dzikowie spędziłem dzieciństwo, tutaj mam wielu znajomych, przyjaciół. Mieszkańcy sami komentowali prezentowane obrazy. Mam wrażenie, że mieszkańcy Starego Dzikowa rozumieją, iż zdjęcia to nie tylko obraz, ale i kawałek historii, że to co najbardziej fascynuje w danej fotografii, mieści się poza samym obrazem – w dziejach miejsc, wspomnieniach ludzi, w dopiskach na marginesie albo na rewersie fotografii. Niektóre z tych historii są bezpowrotnie utracone, inne udaje się rozwikłać i poznać na nowo. Mam nadzieję, że wspólnie odtworzymy chociaż niewielką cząstkę historii mojej miejscowości.