Zagubiona droga Lidia Świder

Zapadła cisza. Dyrygent pokłonił się publiczności, nie spojrzawszy na nią. Następnie zwrócił się ku orkiestrze. Cisza trwała nadal, niezmącona. Muzycy czekali w skupieniu na moment uniesienia. Wszyscy ujrzeli podniesioną batutę. Oczekiwanie. Martwe milczenie, które jedynie zwodziło. Myśl niedopowiedziana.

Niepokój zagościł na twarzach tych, którzy nie domyślali się jeszcze. Wkrótce dowiedzą się, że usłyszeli dzieło epokowe. Zmienią wtedy zdanie, wbrew sobie. Wśród nich Henryk, który po raz pierwszy poczuł się oszukanym, na moment, jak inni. Nie przestąpił progów filharmonii przez umiłowanie. Potrzeba płynąca z wewnątrz też się nie ozwała. Poczucie raczej wypełnienia pewnej luki, z której zdawał sobie sprawę, uświadamiał. Nie był w stanie jednak przyznać się przed samym sobą. Pragnienia jego były rzeczywiste. Mógł je wymienić, nazwać, posługując się językiem ubogim, prostym, współczesnym. Niewielu zauważało te braki.

Trwali w ciszy przez cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy. Nikt nie wykrzyknął: Król jest nagi! Odwagi dziecka zabrakło? Rewolucja Johna Cage’a, która nie uniosła nawet piórka, lekkiego jak wiatr. Siedzieli, nie wiedząc, czym jest niemy spektakl. Na koniec utworu, który nim nie był, unieśli dłonie, oklaskując orkiestrę, która dźwięku jednego nie dopuściła.

Składali hołd ciszy, którą odnaleźć mogli z dala od innych.

Henryk nie wyróżniał się, dotrzymywał kroku sobie podobnym. Uładzony w zachowaniu, bywający w miejscach, gdzie kulturalny człowiek winien się pojawiać, wykreślał kolejny dzień z kalendarza. Dzisiaj jednak zaczął budzić się w nim sprzeciw. Pojawiły się pierwsze pytania. Umysł jego nieskomplikowany, odnajdujący rozkosz w stagnacji, żądał teraz swych praw, bodaj najmniejszych. Sztuka, która niegdyś tworzyła podwaliny świata była mu nieznana. Urodził się w czasach, w których wszystko można nią nazwać. Najbliżej napotkany przedmiot, zmienia swe oblicze. Odnajdzie miejsce w wielkim gmachu współczesności zwanym muzeum, w świątyni muz.

Z czego się śmiejecie? Któż odpowie. Pytanie klasyka odwieczne. Nie odpowiedzą. Marni, gnuśni jak i sztuka współczesna. Na jej podobieństwo rzucą się w przepaść i zatoną. Niewyrażająca nic ponad cynizm. Odarta z piękna. Wynaturzona. Przedstawiana w dostojeństwie słów. One jedynie pozostaną. Dzieło wycenione budzić będzie emocje.

Kobieta Kooninga. Właściwie cały cykl. Karykatura kobiety odartej z tajemnicy. Wulgarnej, przebiegłej, wynaturzonej. Szyderstwo z odbiorcy. Na parnasie sztuki, paszkwil wystawiony przy arcydziełach minionych epok. Dziesiąta, współczesna muza. Ekspresyjne pociągnięcia pędzla na miarę wyrachowanego gracza, który stawia wszystko na jedną kartę, bezmyślną publiczność. Kierować nią będą osądy krytyków. Nic ponadto. Nic! Podstępna machina wciągnęła też Henryka. W swej prostocie bronił się niezręcznie, zdania swojego zaniechał, porzucił ostatecznie. Zachowanie ludzi bez charakteru, pospolite i żenujące. Uznał głosy znawców za nieomylne i jedynie słuszne. Nie on jeden, tuż za nim podążała kolumna bałwochwalców. Tliła się w nim jednak pewna wątpliwość. Jedna z myśli, wśród wielu, której umysł nie jest w stanie uładzić. Niekiedy wyrywała się, zapytując: Czy przypadkiem nie drwią z Ciebie?

Świat nie mógł zadrwić z Henryka. Zawierzył mu bezgranicznie. Stawał się na jego podobieństwo. Każdego dnia utwierdzał się w swych poglądach, zaczynając dzień od przeglądnięcia gazety, która z założenia krytykować będzie to, co i on. Czuł się wtedy dowartościowanym, inni myśleli podobnie. Inni, znani, znaczni… Rzecz wyglądała z goła odmiennie, to on prowadzony był na smyczy przez nich. Racja drugiej strony stawała mu się nienawistną. Wciąż nie zauważał, że jest bezwolnym trybikiem w potężnej machinie manipulacji. Nie interesował się historią, wydawała mu się zbyt wymagająca, odległa. Żądająca myślenia, wręcz roszczeniowa. Odpowiadająca jednak na pytania, które stawiał dziś nie tylko on. Bez niej, nie był w stanie ogarnąć świata, jego przewrotności i zakłamania, prowadzonych gier. Nade wszystko oszustwa i kalkulacji wygranej. Pułapka niewiedzy. Jak łatwo się pogrążyć.

W domu jego, urządzonym podobnie jak inne, bez śladów osobowości, na głównej ścianie zawieszony był telewizor. Najwierniejszy przyjaciel Henryka do którego się nie przyznawał. Wieczorami poświęcał mu każdą wolną chwilę. Siedział wpatrując się tępo w zmieniające się obrazy, bez refleksji najmniejszej.  Nie rozmyślał. Czekał jedynie emocji, pobudzenia martwej wyobraźni. Liczyć na więcej nie mógł. Niekiedy oglądał programy dotyczące sztuki współczesnej. Z wyrachowania, nie z pasji. Czuł się małym i zagubionym, kiedy znawca tłumaczył, na czym polega geniusz abstrakcji. Wyjaśniając zawile, dlaczego dany obraz wart jest sumy przekraczającej jego wyobrażenie. Oczekiwał przynajmniej wytłumaczenia, odnalezienia sensu ukrytego. Mędrcy równie go nie odnajdywali. Dodana ideologia stawała się dziełem. Sama w sobie. Czarny kwadrat na białym tle utkwił mu jednak w pamięci. Rzecz ciekawa.

Spojrzał przed siebie. Teraz dopiero zrozumiał, dlaczego ów kwadrat Malewicza wciąż powracał. Jedyny obraz, który pozostawił w nim trwały ślad. Wygaszona tafla telewizora, czarna, zimna i martwa. Przed jego oczyma. Na tle białej ściany. Na kształt dzieła sztuki. W każdym domu. Nikt nie spostrzegł?

Rozłożone płótna, wielkich rozmiarów. Podeptane, wielokrotnie zbrukane farbą, spływającą z zaciśniętego w dłoni pędzla. Mogą zostać porzucone, ale i odnalezione w swej przebiegłości. Nie po latach, po chwili. Bezmyślny taniec z ociekającą farbą nazwać można natchnieniem. Wpisać w księgę pasji i geniuszu. Na kształt jesiennego rytmu Pollocka.

Henryk nie przeciwstawi się, odnajdywać będzie winę jedynie w sobie. Nikogo nie obarczy swoimi pytaniami. Jak długo można czekać odpowiedzi, co nie nadchodzi. Pocieszy się myślą, że obraz jego najcenniejszy, abstrakcyjny, zyska kiedyś na wartości. Przez długie lata, które upłyną, będzie spoglądał na świat niewyrażony. Bez przedstawienia, bez ucieleśnienia człowieka. Nie odnajdzie nawet dalekiego krajobrazu. Prowadzić go będzie mogła jedynie wyobraźnia. Błądzić będzie dalej, spoglądając na dalekie światło, które mami, nie przywodzi. Przypomni sobie dzieło epokowe, które ciszą było, niczym więcej. Ludzi beznamiętnych, wsłuchujących się w nią, w filharmonii. Pokornych, przyzwalających. Podąży wraz z nimi ku miejscom odartym z majestatu i piękna. Zadowoli się bywaniem, nie odkrywaniem. Nie śmiąc krytykować, zamilknie, przystanie. Szukać będzie słów potwierdzenia u innych, zagubionych jak i on.

Współczesna sztuka przypomina zagubioną drogę, wśród pól i dalekiego lasu, nieznającą swego przeznaczenia. Wzdłuż niej wierzby kruche. Nieme świadectwo trwania. Wynaturzone, bezkształtne jak i ona.

***

Z siebie samych się śmiejecie.