Wspomnienia z moich lat dziecinnych i młodości (XI)

   

          Codziennie o dziesiątej godzinie idzie majster i pisze nazwiska tych, którzy pracują. Umawiam się z chłopakami, którzy ze mną mieszkają, że ja będę kończył robotę wcześniej bo i tak nikt nie sprawdza i będę gotował, a gdyby się ktoś o mnie pytał, to powiedzą, że dopiero poszedłem do lasu. Łopata moja stoi. Idę z roboty codziennie wcześniej, po drodze do baraku  zbieram grzyby, których nie brakuje, są wysokie i mają wielki kapelusze. Kraję do garnka, dodaję makaron albo jakąś kaszę i gotuję zupę, przyprawiam. Można to nazwać zupą, gulaszem, sosem, jak kto woli, smakuje nam i chłopaki chwalą to moje gotowanie. Wszystkim  to smakowało, bo wcześniej jedli wciąż suchy prowiant a czasem nic Ja miesiącami nie jadłem  prawdziwego obiadu, bo co można było ugotować z niczego. Obszedłem całą Kwaszeninę, żeby kupić ziemniaki, wszędzie usłyszałem- NIE MA.

Dziewczyna zaprasza mnie do siebie, do Izdebek, bo w niedzielę jest tam zabawa. Umawiam się i w sobotę mam z nią jechać samochodem który odwozi pracowników. W sobotę idę się ubierać. Moje ubranie wisi na ścianie, obwinięte arkuszem papieru, ściągam ubranie ze ściany, z ubrania wyskakują myszy, wygryzły mi w spodniach dużą dziurę koło rozporka. Koniec wyjazdu i zabawy

Władysław Swatek
                                                                                                                                                                                                                  

:: Całość w najnowszym wydaniu Kresowiaka Galicyjskiego ::