Wspomnienia z moich lat dziecinnych i młodości (XIII)

     

. Więźniowie chodzą jeden za drugim po chodniku w koło trzymając ręce z tyłu, a   Leszek prowadzi gimnastykę . Śniadanie, jest zupa i wygląda, jak by ktoś stare szmaty zgotował do tego kawałek chleba na cały dzień i kubek czarnej kawy. Najbardziej oczekiwaną i przyjemną chwilą to krzyk – obiad.

    Pierwsze danie, stoimy w kolejce z miskami pod drzwiami, drzwi się otwierają, Leszek melduje ilu nas jest i biegiem nalewana jest zupa. Za chwilę krzyk- obiad drugie danie i w te same miski w pośpiechu wrzucają drugie danie. Po dwudziestej pierwszej  apel, chodzi oddziałowy, odbiera meldunki od komendantów celi ilu jest więźniów, wynosimy ubrania na taborety na korytarzu. O dziesiątej capstrzyk i spanie. Żarówka świeci całą noc, czasem zagląda strażnik przez judasza. Kilka razy był kipisz- w nocy wpadają strażnicy, wyskakujemy na korytarz a w celi wszystko leci do góry nogami. Szukają w słomie, w siennikach, w szafkach, pod łóżkami, przewracają wszystko, opukują kraty w oknach, sprawdzają czy podłoga jest nienaruszona, obmacują nas, czy nie nic nie mamy przy sobie i wychodzą. Cela wygląda jak by przeszło przez nią tornado.

 .                                                                            Władysław Swatek
                                                                                                                                                                                                                  

::Więcej w najnowszym wydaniu Kresowiaka Galicyjskiego ::