Wspomnienia z moich lat dziecinnych i młodości( VIII)

 W Bełżcu potrzebują robotników na kolei do prac na torach. Przyjmują mnie. Pracujemy przy wymianie szyn i podkładów w stronę Lubyczy. Praca jest bardzo ciężka, dźwiganie szyn i podkładów, wkręcanie śrub mocujących szyny, wszystko ręcznie. Przyjeżdża wagon podkładów, idę do rozładunku, są mokre od czarnej jakiejś substancji, którą są nasiąknięte.  Jest gorąco, ocieram pot z twarzy rękawicą i na drugi dzień mam sparzoną całą twarz. Nie chcę chodzić do domu, bo nie chcę, by mnie ktoś widział. Idę do biura i pytam czy mógłbym gdzieś przespać dopóki twarz mi się nie zagoi. Dają mi spanie w wagonie na bocznicy, jest tam łóżko i pościel. Mieszkam tam dwa tygodnie. Z domu nikt się nie zapytał, gdzie się podziałem, może myśleli, że jak do tej pory diabli mnie nie wzięli to jeszcze żyję. Smaruję twarz wazeliną dla dzieci, którą mi przyniesiono, czuję ulgę i twarz szybciej się goi. Długo mam czerwone plamy na twarzy.

  Jest wypłata, pieniędzy mało, rzucam robotę i idę do domu. Pomagam w domu. Po kolejnej awanturzę  ojca biorę w torbę. trochę rzeczy i wychodzę, mama płacze i pyta gdzie jadę, odpowiadam, że na razie nie wiem i w drodze do Bełżca pomyślę. Jadę do Przemyśla. Idę do Prezydium  Miejskiej Rady, dają mi adres na budowę, przyjmują mnie do roboty. Mieszkam w hotelu robotniczym na Zasaniu, warunki są dobre stołówka też. Do pracy chodzę przez cały Przemyśl w stronę Medyki, na koniec miasta. Pracujemy do godziny piętnastej i mam dużo czasu na odpoczynek. Przychodzi pani i pyta, czy nie chcielibyśmy zarobić. Trzeba rżnąć drzewo piłką ręczną, rąbać, układać jak też wykonać  inne prace porządkowe. Zgadzam się i z kolegą pracujemy u niej. Pani ma sklep i prosi mnie, żeby rano przed pójściem do pracy przywieźć wózkiem chleb z piekarni. Zgadzam się i idę z nią do piekarni, ciągnę wózek, ładuję chleb w piekarni i ciągnę do sklepu. Pani widzi, że robota nie jest mi obca i ciągnę dobrze wózek z chlebem. Proponuje mi abym zamieszkał u niej. Moim obowiązkiem będzie przywożenie codziennie chleba z piekarni, prace w domu, ma duży ogród i podwórze, tak że pracy nie będzie mi brakowało. Da mi wyżywienie, ubranie, kieszonkowe i załatwi mi jakiś kurs. Dziękuję i mówię, ze na służbie już byłem i nie jestem koniem, żeby ciągnąć wozy z chlebem po Przemyślu                                                                                                                                             

Władysław Swatek
                                                                                                                                                                                                                  

:: Całość w najnowszym wydaniu Kresowiaka Galicyjskiego ::