Milczenie Lidia Świder

 

Nadchodził zmierzch, mgła spowijała odległe lasy i pola, wkradała się do ogrodów, snuła się po drogach osłaniając wszystko, co widzialnym było za dnia, a niedostrzeżonym. Gdzieś w oddali ozwał się słowik, który przywołał wspomnienia najpiękniejszych nocy Marii, kiedy wychodziła w młodości przed dom, siadała na prostej, drewnianej ławce bez oparcia, a plecami opierała się o drewnianą ścianę domu dziadka. Spoglądała w ciemny las, aby po chwili zamknąć oczy i wysłuchać najpiękniejszej pieśni nocnych ptaków. Wtedy w swej ufności zawierzyła wszystkiemu wybudowanemu na fundamencie prawdy i piękna, nieskalanego obojętnością i zapomnieniem.

Wierzyła do dziś. O poranku zmówiła modlitwę za całą rodzinę, pewna wysłuchania dziękowała Bogu, po czym biła się w piersi z żalu za grzechy niepopełnione. Zbyt uczciwą była, aby złamać przykazania. Każdej niedzieli klękała przed drugim człowiekiem odzianym w czarną suknię, według niej pośrednikiem Boga. Nigdy nie zadała sobie pytania, dlaczego klęczy na oczach kościoła przed człowiekiem stworzonym na podobieństwo innych ludzi, pełnych wad, niedoskonałości i potknięć. W swej naiwności uwierzyła, że dzięki spowiedzi będzie zbawiona. A cóż z tymi, którzy przez całe życie czynili dobro, podawali dłoń drugiemu człowiekowi, kiedy upadał i nigdy go nie opuścili? A i nigdy nie klęczeli przed drugim człowiekiem, aby z duszy myśli wypowiadać zza kraty?

Przed południem nakryła stół białym obrusem z haftem uczynionym przez matkę w dniach jej smutku. Sporządziła obiad z zachowanych przepisów, lecz nie to miało znaczenie. Na brzegu stołu pozostawiła album ze zdjęciami rodziców, dziadków i najbliższej rodziny. Nie mogła doczekać chwili, kiedy jej dzieci z wnukami zasiądą razem i ujmą w dłonie rzecz bezcenną, album na kształt księgi, która zachowa pamięć i nie pozwoli, aby ci, którzy znaczyli dla nas w przeszłości tak wiele, odeszli w zapomnienie. Czekając, spoglądała na zegar. Pragnęła przesunąć wskazówki, aby czas przestał się tak okrutnie dłużyć i mogła usłyszeć dzwonek, podejść do drzwi, otworzyć i ujrzeć dzieci. Nie nadchodziły, w myślach wciąż je usprawiedliwiała, a najsmutniejsze, zaczęła siebie samą obwiniać za ich niepamięć. Podeszła do okna, spojrzała na wieżę kościoła, nieruchome wskazówki nie poruszyły się o cal miejsca i jej myśli.

Upłynęła godzina, po której usłyszała stukanie do drzwi, a kiedy stanęła przy nich i otworzyła, ujrzała twarze swoich dzieci pełne radości. Nie zwróciły uwagi najmniejszej na czas oczekiwania, smutek w oczach matki i na ciszę niezakłóconą dźwiękiem najmniejszym. Zapełniły przestrzeń słowami bez myśli i sensu, aby niezręczność nie trwała zbyt długo, nie była uciążliwa dla siebie wzajemnie, wnuki wręczyły laurki.

Samotność nosi różne oblicza, lecz ta z ludźmi najbliższymi bywa najokrutniejszą, jest zimna i odległa, przypomina odległe planety, do których nikt nie dotrze. Po przybyciu dzieci pustka nie została wypełniona, początkowe rozmowy wszyscy toczyli między sobą w chaosie. Nade wszystko zadowoleni byli z własnej obecności. Po chwili ktoś wybrał program telewizyjny, w którym ludzie znani z tego, iż są znani pragnęli zaistnieć w nowej odsłonie, w tańcu. Maria siedziała w odległym kącie pokoju, nieoświetlonym, okrytym cieniem. Dzieci jej nie zwróciły uwagi najmniejszej, zajęte były wymianą informacji i zdjęć, bowiem zapomniały, czym jest rozmowa. Taniec celebrytów wzbudził największe zainteresowanie. Zadziwiające, ludzie, którzy nie wypowiedzieli jednej wartościowej myśli, zaistnieli dzięki telewizji wykreowanej przez bezmyślnych mocodawców.

Zmienił się świat i jego wartości, niewielu sięgnie do klasyki literatury. Nie pojmą, nie zrozumieją. Dziś, aby zaistnieć, wystarczy założyć konto w mediach społecznościowych i być nikim. Myśl jest doskonała, bezmyślni wpadną w sidła również bezmyślnych. Dawnego zawodnika Wielkiej Gry zastąpił kretyn, który nie przeczytał ani jednej książki w życiu, lecz uważa się za mędrca. Sięgnijcie po Psychologię tłumu Gustava Le Bona z końca XIX wieku, wielu odnajdzie samych siebie.

W czasie wspólnej kolacji nastała cisza, niemalże wszyscy spoglądali w telefony oczyma bezmyślnymi, zaklęci w swoim świecie, lecz nierzeczywistym. Maria ujęła w dłoń album ze zdjęciami przodków, aby snuła się opowieść o ich losach, które uchwyci i zapamięta bodaj jedno z dzieci bądź wnuk. Wyrwani ze swoich wirtualnych światów ledwie spojrzeli, wygłosili parę frazesów, aby powrócić do świata żywych influencerów nakreślających wizję swojego życia.

Najstarszy syn ujął matkę za dłoń i poprowadził do drugiego pokoju, w którym na ścianie widniał w ciemnej, drewnianej ramie portret ojca. Usiedli razem na sofie, nie spoglądali na siebie, lecz w dal nieokreśloną. Przywołali w pamięci wspomnienia, które trwać będą, dopóki żyją. Matka po chwili wstała, podeszła do biurka ojca, zawahała się na chwilę zbyt krótką, aby ktokolwiek inny zauważył. Delikatnie otworzyła szufladę, wyjęła kalendarz oprawiony w ciemną skórę, wytartą już i zniszczałą. Świadom swojej śmierci ojciec, zapisywał parę miesięcy wcześniej swoje myśli płynące z duszy i serca, których nigdy nie był w stanie wypowiedzieć.

W sąsiednim pokoju panowała cisza, dzieci i wnuki pragnęły wyjść i udać się do swoich światów. Zegar wybił kolejną godzinę na wieży kościelnej. Dla jednych wyznaczał czas przyjścia do zimnego kościoła, w którym pragnęli odnaleźć Boga, dla innych chwilę zadumy.

Syn otworzył kalendarz na stronie zaznaczonej wstęgą, przeczytał pierwsze słowa, nie mógł im dać wiary, zamknął. Podszedł do okna, zapalił papierosa i przez długi czas spoglądał na linię horyzontu w zamyśleniu. Prawda nie jest oczywista, wypowiedziane słowa niekiedy wiodą na skraj myśli nierozpoznanej, a wszystko, co oczywistym się wydawało, okryte było mgłą. Po śmierci ojca pojął rzecz jedną. Niekiedy ludzie nie potrafią, nie są w stanie wyrazić uczuć i miłości wobec najbliższych, bowiem dorastali w domach bez duszy.

Nie zmienią się, w pancerzu myśli nie uczynią kolejnego kroku, nikt nigdy nie nauczył ich miłości do drugiego człowieka. Zatem nie można oskarżać drugiego człowieka za brak wrażliwości, kiedy nie wie, czym jest ujęcie dłoni drugiego człowieka, poświęcenie czasu i nade wszystko za brak empatii winić ich nie sposób. Przejdą przez życie nie zważając na innych, dotkniętych boleścią i smutkiem, a kiedy będą odchodzić w niepamięć, dotknie ich samotność i lęk. Pozostaną bezgranicznie samotni. Oby nie winili Boga za swoją bezduszność i pozostawienie drugiego człowieka w chwilach rozpaczy. Zadziwią się, kiedy Bóg zamilknie.