Zagubiony los Lidia Świder

W gabinecie Tomasza panował półmrok, z którego wyłaniał się chaos przypominający pole bitwy. Wszelkie rzeczy, które znajdowały się wokół przywodziły na myśl pozostawiony dobytek, przeczesany następnie i podeptany przez oprawcę niezważającego na dzieła sztuki i rzeczy święte. Według wszelkich prawideł życia, pozostawiona majętność drugiego człowieka winna być skradziona, lecz nie była.

Małą kartkę papieru, na której zostały skreślone liczby, zagubił Tomasz. Wcześniej porzucił tysiące słów i myśli, nie zważając na nie. Każdego dnia przestępował próg własnego domu, z nadzieją do wejścia do innego, znaczniejszego. Znudzony prawdą i poświeceniem swojej żony, otworzył kolejne drzwi w oczekiwaniu na spotkanie królowej, nocnej ćmy, krążącej wokół światła.

(…)

Mały człowiek wypełnił kupon. Wysłał. Zagubił w ostatnim akcie tragedii swój los. Nie ten, który prześladować będzie go do końca życia, lecz ten wydrukowany.

Kolejny mały pionek na szachownicy życia, który wciąż śmie żądać, zapominając o swoich słabościach i grzechach niewyjawianych nawet przed samym sobą. W swym bezmyśleniu, które przywiodło go do miejsca, w którym każdy kreślić może po omacku cyfry, pozostał do końca swoich dni. Do jaskini wszelkich gier prowadzą najmniejsze drogi miast i miasteczek, niemalże każda z nich. Niezauważona bywa przez tych, którzy podążają własną drogą. Ci, nie liczą się w świecie beznamiętnie kreślonych liczb. Znaczą więcej od cyfry, dlatego nie są jej podporządkowani.

Tomasz każdego dnia wspominał dzień, w którym podpisał symboliczny cyrograf. Nie musiał podpisywać, wypełnił jedynie. Nie wiedział wtedy, że chciwość obnaża na początku swe oblicze przed ludźmi, na samym końcu dopiero przed samym sobą, kiedy na refleksję najmniejszą jest już za późno. Nie usłyszał żałosnej pieśni zwiastującej upadek.

(…)

Na końcu swych poszukiwań uklęknął. Modlitwa tego nie sprawiła, lecz ból sięgający po wszystkie krańce jego cielesności. Zadziwiające, że umysł jego nie doświadczał tej bolesności. Odurzony myślą o wygranej podniósł się na moment, by upaść po chwili. Wznieść chciał się na wyżyny świata, z których spoglądać można na drugiego człowieka z lekceważeniem i pogardą.

Zapomniał o rzeczy jednej, o losie, którego zawsze zwał ślepym. Zlekceważył przeciwnika o stokroć groźniejszego w swej przewrotności. Nieświadomie wyzwał go na pojedynek. Po pierwszym uderzeniu, kiedy nie upadł jeszcze i nie rozpoczął walki, pochylił się, chcąc uniknąć ciosu ostatecznego, który nie został jeszcze zadany.

Upadając, wspomnienia jego przywołały obraz matki, która przed snem sięgała po różaniec. Klękała pod krzyżem uczynionym przez ojca w czasie, kiedy chciwość nie wiodła człowieka na zatracenie.

Dziękowała za dzień darowany. Za chleb, który był dany. Za wzejście słońca i jego odejście. Za każdą kroplę deszczu, która rosiła ziemię czekającą na wydanie plonu. Za każdą godzinę życia, co już nigdy nie powróci.

Tomasz nie dziękował. Przez całe życie pokonywał kolejne szczeble, które prowadzić miały do dobrobytu. Nie zauważył, że każdy kolejny szczebel zmurszały był po stokroć bardziej od poprzedniego. Nie pomyślał, że zejść już nie zdoła. Piął się wciąż ku górze, nie spoglądając w przepaść.

Wciąż powtarzana opowieść o zagubionym losie przyćmiła historię rodziny i pamięć o przodkach. Życie i poświęcenie drugiego człowieka, naprzeciw fortuny przestało się liczyć, zbyt marnym jest, aby ktokolwiek mógł się pochylić.

Tomasz do końca swych dni będzie poszukiwał zagubionego losu. Tuż za nim staną inni, podobni, dla których jest wciąż mało, zbyt mało.

– całość w najnowszym wydaniu-