Sumienie

   

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.                                                      – Na wieki wieków.  

                          – Od dawna ciekaw jestem księdza, byłem na pogrzebie świętej pamięci Mieczysława, ta mowa pogrzebowa tak odważna. Nie przypuszczałem, że tutaj, na tym pustkowiu, usłyszę takie słowa. Cmentarz to to dla mnie ukojenie, jego cisza i spokój, kiedy bliscy tych, którzy odeszli, pozostawiają ich w samotności. Nigdzie nie odnalazłem takiej ciszy, szukając w tylu miejscach. Przechodzę alejkami, przystaję przy grobach, spoglądam na te wyblakle fotografie, odczytuję daty urodzin i śmierci, dotykam ich życia. Ze zdjęć wyczytać można wiele. Tutaj mogę pozostać sam, myśli moje są gdzieś z dala, spoglądam na te krzyże…To są najcenniejsze chwile, kiedy za życia godzę się ze śmiercią. Myślę, że niemalże wszystkie wielkie symfonie i koncerty powstawały z myślą o śmierci, niekiedy niegodzące się z nią, jak u Rachmaninowa, który toczy spór z Bogiem, w jego koncertach wyczuwam strach przed nieuniknionym, u Bacha zaś odnajduję ulgę, pogodzenie ze światem i odejściem. Mahler, oto jest pytanie, ta jego przewrotność i śmiałość, odwaga, której mógł jeszcze sprostać, lecz do czasu, śmiech i szyderstwo, które go spotkały, obnażyły nie jego, lecz tych, którzy drwili, nie rozumiejąc. Nie pojęli. Jedynie sztuka tworzy podwaliny tego świata, nic zastąpić jej nie może. Bo cóż, proszę księdza pozostałoby bez niej? Nawet nie ruiny, te do dzisiaj zachwycają. W Rzymie podziwiałem ten majestat i piękno, które przetrwało, ponad dwa tysiące lat. A dzisiaj, po nas, cóż się ostanie? Sztuka już nie dotyka sacrum, chcąc być oryginalną zatraca swe wartości, nie potrafi wyrazić piękna, człowiek, który niegdyś uosabiał doskonałość zastąpiony został karykaturą. Nie godzę się na to, lecz cóż ja mogę? Powracać do przeszłości, dawnych mistrzów, wielkiej sztuki, często zapomnianej, którą dzisiejszy świat wzgardził i porzucił.

 Ksiądz przystanął, spojrzał na Jana, lecz w tych oczach boleść jedynie można było dostrzec. Rozpaczy w nim nie odnajdywał, po latach cierpienie staje się tak dotkliwe, uciążliwe i nieznośne, że już nie sposób się z nim pogodzić. Wtedy to pojawia się obojętność, nie bezrefleksyjna, tylko taka, która już nie zważa na myśli innych, a swoje często zagłusza.

– Pan musi cierpieć, dotkliwie cierpieć. Grzech…

– Przebaczenie…Rozgrzeszenie… I cóż proszę księdza, jeżeli człowiek sam sobie nie potrafi wybaczyć? Upływać będą lata i wiem, że nie odnajdę usprawiedliwienia. Innym wybaczę, lecz sobie – nie. Spowiedź utwierdza mnie w tym, że pomimo żalu za grzechy wolnym nie będę. Nie szukam Boga w modlitwie, kościele czy na pielgrzymce, jedynie we własnym sumieniu.- Jan okrył twarz dłonią, począł mówić coraz głośniej.- Ono nie zna litości, odzywa się we mnie wciąż i wciąż, zagłusza myśli i rozum, powraca każdego dnia. Ach, gdybym mógł je odepchnąć, zapomnieć…Skąd brać te siły. Skąd?

 Ksiądz wysłuchując Jana, wpatrywał się w bezimienny grób, porosły chwastami, zapomniany, na ugięty metalowy krzyż, spoglądał na tę marność doczesną, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie Jana. To była spowiedź, jedna z najszczerszych, jakie kiedykolwiek usłyszał,  grzechu nie poznał, czując jednak to cierpienie i ten żal, który przepełniał to serce, wyszeptał jedynie słowa: – Ego te absolwo. Jan ich nie dosłyszał.

– Odpokutowałeś za swój grzech we własnym sumieniu, większej pokuty nie znam.

   Odszedł powoli, dostojnie, zawsze tak czynił, skrywając swe myśli i niepokój. Przystanął na chwilę, chciał spojrzeć na Jana, nie zwrócił się jednak ku niemu. Jan pozostał sam. Rozgrzeszony, lecz nie we własnym sumieniu.                                                                

                                                                                                 Lidia Świder