Wstyd Lidia Świder

  Nie sposób obliczyć lat, niekiedy miesięcy, które będą dane. Rzeczy inne, przekraczające świat liczb, też nie podlegają rachubie, bezcenne w swej wzgardzie dla doczesności. Wszystko inne można kupić, sprzedać, zamienić. Na koniec pozostaje zaprzedanie samego siebie. W imię wygody, która nie usprawiedliwia, tylko pogrąża.

 Człowiek może uczynić świat swój na podobieństwo wszechświata, ale też i na ten, który przypomina rynsztok. W drugim przypadku nie jest tego świadom. Pycha odbiera najmniejsze rozeznanie wartości. Osadza małość w wielkości. Grzech pierwszy pośród głównych nie bez powodu obrał zaszczytne miejsce w siedmiu.

(…)

Własne towarzystwo sprawiało mu największą przykrość. Nie był w stanie przebywać z samym sobą. Nigdy nie uzmysłowił sobie, że nie był odosobniony. Nie mógł wiedzieć, nikt nie przyzna się do tak wielkiej porażki.

 Czekał spotkań z ludźmi określonymi przez swoje pasje, które najczęściej przypominały projekcje niemego kina. Zapomnianego pianistę zastępowała muzyka dobrana z początku dla potrzeb opowieści. Po chwili nikt nie zważał na nuty, które w swym szlachectwie i prawdzie wiodły dalej, do melodii, której nikt nie czekał. Uzmysławiała zebranym pewną powtarzalność czynów haniebnych, nieokreślonych przez słowa. Niewypowiedziana myśl niekiedy staje się pokutą.

 Przy stole zastawionym jadłem wykwintnym zapadały wyroki. Przewidziane lata, skazujące na niepamięć, wykreślały portret. Szyderczy śmiech pobrzmiewał, ostatnie słowa odbijały się od ścian echem, w którego odpowiedź nikt się nie wsłuchiwał. Jerzy zatracił własne ja na rzecz obecności w świecie, w którym wszyscy podobni byli do siebie. Nikt nie śmiał się wyróżniać, nie chcąc być potępionym.

 Na samym początku wyrzekł się rodziców, następnie ludzi, których znał od dzieciństwa. Najszlachetniejsi z nich nigdy nie zaprzedali siebie, mając wybór, nie sprzeniewierzyli się własnej wybranej drodze. Zostali pogardzeni, uznani za nieudolnych.

 Po latach Jerzy powrócił do miejsca swych narodzin. Próbował odnaleźć siebie z dawnych lat, które upływały niepostrzeżenie, pozostawiając wspomnienia. Porzucił je, wzgardził czasem bezcennym, raz darowanym. Przechodził przez rynek miasteczka, w którym się urodził, nie podążał śladami przeszłości, zatarła je pamięć. Spoglądał na nagie konary drzew, liście opadłe wokół. Szelest ich przypominał zapomnianą pieśń matki, snującą się pośród izby ubogiej. Opowieść o świecie, w którym szlachetna myśl określa człowieka, niedopuszczająca zaprzedania, kłamstwa i chciwości.

  Snuła się dalej. Niezauważona przez innych, dostrzeżona przez pychę, zakończyła swój wątek.

– całość w najnowszym wydaniu –