Osąd Lidia Świder

  Zapadał zmierzch, wraz z nim pojawiła się mgła strzegąca dostępu do miejsc, które w ukryciu spoczywać winny, oddalonych od tych, które wskazać można, odnaleźć, idąc przed siebie bez celu. Z nadejściem świtu zostaną obnażone, postawione pod pręgierzem osądu ludzi, który błądząc i potykając się na każdym kroku, nie przystaną na czas refleksji najmniejszej. Nie odnajdą miejsca i czasu.

 Ciekawość życia drugiego człowieka rzadko dotyka jego myśli. Nieodgadnione zdają się na osądy innych. Wypytywanie, dociekanie, towarzysząca im ekscytacja z zasłyszanych wieści przypomina natręctwo umysłu ubogiego, który z tajemnic świata czerpać nie jest w stanie. Prywatność drugiego człowieka jest dla niego o stokroć bardziej fascynująca niż wszechświat, który nie jest zamknięty, wciąż się rozszerza. Na przekór prawom wyznaczonym przez osąd.

 W dniu wyznaczonym, wcześniej wielokroć przekładanym, doszło do spotkania znanych sobie od lat ludzi, którzy nie doszukiwali się przyjaźni, czekali tylko gościnności. Wiedzieli o sobie wiele, tylko nie od siebie samych, lecz od obcych. Niekiedy spoglądali z zadziwieniem, jeden na drugiego. Siedzieli naprzeciw siebie w niejakim uładzeniu, dalekim od sztywności, nieodnajdującym jednak miejsca w swobodzie myśli czy ruchu, które mogłyby się wymknąć spod kontroli nakazu. Czekali jeszcze na przyjście Mateusza. Zaciekawił ich niegdyś, kiedy wstał nagle od stołu i odszedł. Przeczuwali, że nigdy już nie powróci.

 Żyli w świecie, w którym myśli czyjeś można podać na tacy drugiemu jako danie główne, wykwintne, na koniec doprawione kroplą dziegciu i ziarnem gorczycy przez tych, którzy nie czekają potknięcia, lecz upadku. Mateusz nie nadchodził. Wyczekiwali, spoglądając na zegar, który w swym milczeniu nie przyzwalał jeszcze na rozpoczęcie spektaklu. Po wybiciu godziny ósmej rozpoczęło się przedstawienie.

 Słowa padały nieopatrznie, jak liście zwodzone wiatrem jesiennym, nieszukające miejsca. Unoszone jego siłą ponad drogami nieprzebytymi, domami, z których kominów tlił się dym bądź i nie, ponad rzeką, która nie zważała na nie, nie pochłaniała, lecz niosła swym nurtem, porzucając na brzegach. Zgniłe, zatęchłe, odarte z koloru starego złota.

 Mateusz budził pewne kontrowersje od samego początku. Zachowanie jego odbiegało od ram nałożonych przez obyczaj, który kazał milczeć w czasie, kiedy opowieść niedokończonego wątku czekała jedynie wysłuchania. Ciął z nagła zdanie, które zwiastunem nowej myśli nie było, zadając pytanie. Chwile rzadkie, bezcenne. Wszyscy ci, którzy tak wiele mieli do powiedzenia, milkli. Przez pytania, które zadawał innym, mogli dowiedzieć się czegokolwiek o nim samym, nic tak nie zdradza człowieka jak one. Nieliczni niekiedy zdolni byli do pewnego wysiłku, pobudzali swoją wyobraźnię i myśli. Zbyt wiele trudu ich to kosztowało, by postąpić o krok dalej.

 Mogli odnaleźć w pamięci chwile, które czekały zapomnienia, wraz z nimi czas odmierzany piaskiem klepsydry, kiedy mieli przed sobą człowieka, którego byli ciekawi. Na wyciągnięcie myśli i dłoni. Wydawali się onieśmieleni, Mateusz wprost wyrażał swoje zdanie, nie kryjąc światopoglądu. Codzienność drugiego człowieka nie interesowała go w ogóle. Nie był w stanie wtargnąć w czyjeś życie ciężkimi, zabłoconymi buciorami, które mogłyby stratować wszystko, co napotkane będzie na drodze. Pozostawiając ślady obecności niepowołanej i nieproszonej. Inni tak czynili. Szanował czyjąś odrębność, nade wszystko postrzeganie świata, które wyróżniało się, wychodząc naprzeciw myślom, których naruszyć prawa nikt nie śmiał.

– całość w najnowszym wydaniu –