Puszcza Solska ostatni szturm cz. III Lidia Świder

  25 czerwca z nastaniem świtu odziały AK i BCh ruszyły do ostatniego szturmu. Partyzanci BCh por. Stanisława Basaja „Rysia”, okryci poranną mgłą, jako jedni z pierwszych ruszyli do natarcia, mając na celu sforsowanie rzeki Sopot, które umożliwiłoby przerwanie pierścienia okrążenia. Wybuchy min zdradziły ich położenie. Szczątki rozerwanych ciał uścieliły ziemię. Zapomnianych, bezimiennych. Pozostali rzucili się do natarcia. Oświetleni racami świetlnymi, ostrzeliwani z broni maszynowej, parli naprzód. Parę minut później nieprzyjaciel użył artylerii. Huraganowy ogień nie dawał szans najmniejszych. Wielu dotarło do linii wroga na odległość rzutu granatem. Cóż z tego, nie sposób było się przebić.

 Strzelec Sobczyk po ciężkim postrzale stracił pół twarzy. Błagał przyjaciela, aby ten zadał mu śmierć. Strz.„Kula”, raniony pociskiem w oczy, stracił wzrok. Początek to tylko dramatu ludzi, którzy poświęcili swoje życie w imię dobra najwyższego. Dziś nieodnajdującego miejsca.

Pozostałe oddziały BCh Jana Kędry „Błyskawicy” i Antoniego Wróbla „Burzy”, dziesiątkowane ogniem, zdołały sforsować rzekę Sopot. Atak ich załamał się na drugiej linii wroga. Wyczerpani, u kresu sił, nie mogli już stawiać oporu. Brzeg Sopotu usłany został ciałami zabitych i rannych. Nieliczni tylko przebili się przez trzecią linię. Gęsty las im sprzyjał. Pozostali przy życiu partyzanci wycofali się do uroczyska Maziarze.

 Kompania  sztabowa AK por. Adama Haniewicza „Wojny” w lesie Bieńkowskim i na łąkach Czynszówki poniosła ogromne straty, została niemal doszczętnie wybita. Zdołała wedrzeć się w trzecią linię okrążenia, walcząc wręcz. Wróg wykorzystał oddziały odwodowe. W nierównej walce wyczerpani partyzanci nie mieli najmniejszych szans.

  W tym czasie oddział por. Józefa Steglińskiego „Corda” rozpoczął szturm na odcinku wsi Osuchy.

 Niezauważeni, w ciszy przeszli przez otwarte pola i łąkę do wód Sopotu. Ranni partyzanci mieli nadzieję, że będą podążać za szturmującym oddziałem. „Cord” zgody nie wyraził. Złożył przysięgę, że powróci po swych współtowarzyszy. Po sforsowaniu rzeki nieprzyjaciel otworzył ogień z ciężkiej broni maszynowej znajdującej się na tzw. Krzywej Górce. Do czasu zlikwidowania gniazda cekaemów dalsze natarcie stawało się niemożliwe. Dzięki odwadze grupy szturmowej pierwsze niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Kolejne karabiny maszynowe czekały na następnej linii okrążenia.

 Partyzanci parli do przodu pomimo huraganowego ognia. Natarcie trwało. Świadomi, że ostatnie są to chwile, które prowadzić mogą do wolności. Wokół nich rozsiane martwe ciała. Krzyki, jęki, zagłuszane kolejnymi wybuchami moździerzy i granatników. Ci, którzy przetrwali, walkę ostatnią przyrównują do piekła.

 Po przekroczeniu około 400 metrów, 36 z nich straciło życie. „Cord”, pomimo odniesionej rany, dowodził nadal. Oddziały zdobyły trzecią linię okrążenia. Niemcy za wszelką cenę chcieli scalić rozerwany pierścień. Nowe ich oddziały zamknęły lukę.

 Nie wszyscy zdołali się wydostać. „Cord”, wierny swojej przysiędze, powrócił po rannych i konających. Najprawdopodobniej zdołał do nich dotrzeć. Dosięgła go jednak kula nieprzyjaciela. Poległ na przedpolach Sopotu.

– całość w najnowszym wydaniu –